O autorze
Z pasją związana ze zdrowiem, tym publicznym i tym własnym. Będzie głownie o nim, bo jest tak samo ważne dla wszystkich.
Z pasją również gotuje i czyta, co z półki w ręce spadnie. Jeszcze studentka, zabiegania wegetarianka, a teraz blogerka.

Szpitalna dieta

Moje standardowe szpitalne śniadanie.
Moje standardowe szpitalne śniadanie.
Tyle się mówi o zdrowym odżywaniu, 5 posiłkach dziennie, ograniczaniu węglowodanów, urozmaiconej diecie, 5 porcjach warzyw i owoców. Od przedszkola katujemy dzieci nauką robienia zdrowych kanapek i pożywnych sałatek (i słusznie!) i wkładaniem do głowy obowiązku jedzenia drugiego śniadania. Same, jako matki, wyrzucamy sobie brak czasu na przygotowanie dziecku do szkoły jedzenia przypominającego dzieło sztuki, już o własnym obiedzie nie wspominając. A co nam ma do zaoferowania szpitalna kuchnia?

Do szpitala idziemy się diagnozować i leczyć. Sztab specjalistów w zakresie zdrowia ma o nas dbać i dokładać wszelkich starań, abyśmy do pełni zdrowia wrócili albo żeby uległo ono znaczącej poprawie. Nie wnikając w proces leczenia skupmy się na jedzeniu - nieodłączny element naszego istnienia nawet (albo przede wszystkim) w szpitalu.
Zasadniczo istnieją dwa sposoby zapewnienia pacjentom pożywienia. Szpital posiada własną kuchnię i dietetyka, który układa odpowiednie jadłospisy albo korzysta z outsourcingu i nawiązuje do tego celu współpracę z firmą zewnętrzną, która dowozi jedzenie, najczęściej już porcjowane.

Szpitalne diety powinny uwzględnić wymagania pacjentów: dieta normalna, lekkostrawna, dla cukrzyków, itd. Powinna być dostosowana odpowiednio dla dzieci i dla dorosłych. Nad tym wszystkim czuwa dietetyk, specjalista z zakresu żywienia.
W teorii wszystko wygląda pięknie, w szpitalu mamy dochodzić do zdrowia, przecież opiekę zapewniają nam specjaliści. Jednak każdemu sen z powiek spędza szpitalne jedzenie, o którym krążą niemal legendy i dla którego stworzono specjalne profile, gdzie wrzucić można foodpornowe zdjęcie i pokazać światu czym nas karmią. I ja też podzielę się takimi wrażeniami.

Przebywając ostatnio w szpitalu, skazana na tutejszą kuchnię, poinformowałam, że jestem wegetarianką. Lekka panika w oczach pani czuwającej nad wydawaniem posiłków na oddziale powiedziała mi, że chyba to dla nich rzadkość. Rzuciłam dietetykowi i kuchni małe wyzwanie, przy okazji obserwując co dostają pacjenci z ‘dietą normalną’.

Śniadanie 8:00, obiad 13:00 a kolacja o 17:00. Potem człowieku śpij, umrzyj z głodu albo radź sobie sam. Zastanawiam się, gdzie te zalecane 5 posiłków? Bo dzieci najczęściej dostają coś na podwieczorek, albo deser- czyli robią się 4 posiłki, ale dorośli? Jeżeli chodzi o porcje, w moim odczuciu są dobrze dostosowane do wiążącego się z ograniczeniem aktywności pobytem w szpitalu. Ale urozmaicenie posiłków? W moim wypadku była to codzienna bułka na śniadanie, ziemniaki do obiadu i chleb na kolację. Dietetyk po tylu latach edukacji nie pamięta, że istnieją kasze, ryż czy makarony a na bułce świat się nie kończy? Nawet w troska o oszczędności, bo przecież szpitale wiecznie zadłużone, nie jest wytłumaczeniem dla tak ubogiego menu. Pochwalam regularność, bo to służy ale cała reszta pozostawi wiele do życzenia.

W temacie diety wegetariańskiej – dla dietetyka czy kucharek wyzwanie nie do przejścia. Częstotliwość jajek na obiad oraz białego sera do śniadania mówi samo przez się. I wszechobecność pomidorów. Czy to jedyne znane i akceptowane warzywo? Wydaje mi się że nie… Gdyby nie zewnętrzna pomoc, w postaci rodziny, miałabym tygodniową głodówkę. Nawet przy ‘diecie normalnej’ taka ilość Świerzych warzyw i owoców woła o pomstę do nieba. A soki do posiłków? Owoce? To chyba zjawisko nadprzyrodzone, jeżeli się takie zaobserwuje.


Czy naprawdę stworzenie zdrowej i urozmaiconej diety to taki wysiłek, szczególnie w szpitalu, gdzie mamy się leczyć? Nie sądzicie, że całe te starania i wpajania zasad zdrowego żywienia w takim miejscu powinny być w szczególności przestrzegane, aby dawać przykład?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...